To co stało się już naganną normą w przypadku umów cywilno-prawnych – tj. zmuszanie pracownika do podpisywania drugiej umowy z firmą-córką, tak aby w ten sposób nie płacić mu za nadgodziny i wykorzystywać do pracy w czasie wolnym – powoli staje się obowiązującym trendem w przypadku umów o pracę. Dzisiejszy „Dziennik Gazeta Prawna", w oparciu o sprawozdanie Państwowej Inspekcji Pracy za 2010 rok, informuje, że skala tego zjawiska rośnie i coraz więcej firm zaczyna omijać przepisy Kodeksu Pracy. Proceder jest bardzo prosty. W przypadku śmieciowych umów cywilno-prawnych pracodawca informuje swojego pracownika (propozycja nie do odrzucenia), że ten będzie świadczył tą samą pracę,
w tym samym miejscu, ale dla innej firmy (najczęściej powiązanej finansowo i właścicielsko) z tym, że w jego czasie wolnym. Zjawisko to opisywałem wiele razy na przykładzie firm ochroniarskich, gdzie pracownik po skończeniu pracy w jednej firmie zmieniał tylko identyfikator z nazwą firmy i dalej kontynuował pracę w tym samym miejscu, na tym samym stanowisku tylko, że dla drugiej firmy.
W przypadku umów o pracę, gdzie obowiązują przepisy prawa pracy i trzeba stosować się do norm określających czas pracy, czy norm regulujących pracę w weekendy, jest trochę trudniej, ale jak pokazuje praktyka i to nie jest dla pracodawców przeszkodą. Pracownik świadczy pracę od poniedziałku do piątku w jednej firmie, a w weekendy pracuje w tym samym miejscu i czasie dla drugiej firmy, która zawarła z macierzystym zakładem pracy umowę o współpracy. Zdaniem PIP taka sytuacja jest zgodna z prawem, bo „formalnie nie dochodzi do naruszenia prawa, bo obaj pracodawcy formalnie zapewniają pracownikowi należny mu nieprzerwany odpoczynek dobowy (11 godz.) i tygodniowy (35 godz.). To, że w czasie wolnym z punktu widzenia jednego pracodawcy podwładny pracuje w drugiej firmie, nie ma dla niego znaczenia. Pracownicy sami przecież decydują o korzystaniu z czasu wolnego i samodzielnie podejmują dodatkowe zatrudnienie" („DGP"). Gazeta cytuje również wypowiedź radcy prawnego, który broni takiej sytuacji. „Przypadki takie nadal będą się zdarzały, dopóki podwójne zatrudnienie opłaca się nie tylko firmom, ale także pracownikom. Podwładni, którym etat nie zapewnia wystarczających dochodów, chcą w ten sposób dorobić, a pracodawcy wolą powierzyć dodatkową pracę sprawdzonym osobom, a nie pracownikom z zewnątrz firmy, którzy nie mają odpowiedniego doświadczenia. Podkreśla, że wielu pracowników poza etatem stara się także samodzielnie dorobić. Przytacza znany mu przykład firmy, która zaproponowała pracownikom zarabiającym niskie stawki dodatkową pracę w godzinach nadliczbowych. Podwładni odmówili, bo okazało się, że prawie każdy z nich po pracy wykonywał dodatkową działalność, najczęściej prowadził mały biznes".
Bardzo interesujący jest ten przykład niskopłatnych pracowników prowadzących własny biznes (szkoda, że nie podano nazwy firmy), ale nie o tym chciałem pisać. Problem moim zdaniem dotyczy samej dobrowolności pracy na dwóch etatach i społecznej odpowiedzialności pracodawców. Nie byłobyproblemu gdyby za wykonaną pracę pracownicy dostawali adekwatną do włożonego wysiłku wypłatę, a nie jałmużnę, która na opłacenie stale rosnących rachunków ledwo wystarcza i gdyby za pracę w godzinach nadliczbowych pracodawca płacił uczciwie, a nie szukał kruczków prawnych, by zapłacić tyle co w normalnym czasie pracy. Ponadto z tą dobrowolnością pracy u dwóch różnych pracodawców może być w przyszłości tak, jak w przypadku umów śmieciowych, że bardzo często jest to polecenie szefa, a nie świadomy wybór. Nie można prawnie sankcjonować 7-dziennego tygodnia pracy, tylko dlatego, że firmy chcą zaoszczędzić, jest jeszcze coś takiego jak społeczna odpowiedzialność biznesu i warto by pracodawcy o tym pamiętali.
Krzysztof Miśkiewicz
Źródło: Krzysztof Miskiewicz
Będziemy pracować 7 dni w tygodniu. Oczywiście dla naszego dobra...
Guy Standing: Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa

Pierwszy raz w historii lewica głównego nurtu nie posiada żadnego postępowego programu. Zapomniała widać o naczelnej zasadzie. Każdy postępowy ruch polityczny od zawsze budowany był na gniewie, potrzebach i aspiracjach wyłaniającej się szerokiej klasy społecznej. Dzisiaj tą klasą jest właśnie prekariat.
Jak do tej pory prekariat przeważnie angażował się w parady EuroMayDay oraz swobodnie organizowane protesty. Obecnie jednak sytuacja zmienia się dynamicznie. Pokazują to choćby protesty w Hiszpanii i Grecji, które nastąpiły po powstaniach pod wodzą prekariatu na Bliskim Wschodzie. Pamiętajmy, że państwa dobrobytu zbudowane były dopiero w momencie, gdy klasie robotniczej, zmobilizowanej w ramach zbiorowych działań udało się zażądać odpowiedniej polityki oraz instytucji niezbędnych do jej realizacji. Prekariat zajęty jest w tym momencie określaniem własnych żądań.
Prekariat wyłonił się na skutek liberalizacji, która podtrzymuje globalizację. Politycy powinni mieć się na baczności. Jest to nowa, niebezpieczna klasa, choć bynajmniej nie jest jeszcze tym, co Karol Marks określiłby mianem klasy dla siebie, ale raczej „właśnie-wytwarzaną-klasą", podzieloną wewnętrznie na rozwścieczone i rozgoryczone frakcje.
Składa się z wielości ludzi znajdujących się w niepewnej sytuacji, żyjących jedynie skrawkami życia, nieustannie zmieniających tymczasowe zatrudnienie, wyłączonych poza narrację o rozwoju zawodowym. Prekariat obejmuje miliony sfrustrowanej, wykształconej młodzieży, której nie podoba się to, co ma przed sobą; miliony sponiewieranych kobiet w przytłaczających zawodach; rosnącą liczbę ludzi naznaczonych jednym kryminalnym występkiem na resztę swojego życia, miliony osób uznanych za „niepełnosprawnych" oraz setki milionów migrantów na całym świecie. Są mieszkańcami [denizens]; dysponują zakresem praw społecznych, kulturowych, politycznych i ekonomicznych znacznie węższym, niż otaczający ich obywatele [citizens].
Dzwonek dla socjaldemokratów
Inaczej niż w sytuacji proletariatu – przemysłowej klasy robotniczej, w oparciu o którą została zbudowana dwudziestowieczna socjaldemokracja – relacje produkcji, w ramach których funkcjonuje prekariat określane są przez częściowe zaangażowanie w zajęcia, w znacznym stopniu wymagające „pracowania-dla-pracy", rosnącego zbioru czynności, które nie podlegają wynagradzaniu, a jednak są kluczowe, jeśli prekariat chce zachować dostęp do zatrudnienia i godnych zarobków.
Rozrost prekariatu nabrał tempa wraz ze wstrząsem finansowym, wraz z coraz większą ilością pracy tymczasowej oraz tej, w której pośredniczą agencje, wraz z outsourcingiem oraz porzuceniem przez firmy zapewniania pracownikom świadczeń pozapłacowych. Wstrząs zakończył epokę ułudy, w której życiowe standardy pracowników podnoszono poprzez ulgi podatkowe, zasiłki oraz tanie kredyty. Jednak faza pozornego dostatku nie mogła powstrzymać fal globalizacji, której logika implikowała obniżenie poziomu wynagradzania pracy na „Zachodzie".
W ten sposób szeregi prekariatu wydatnie spęczniały. Większość znajdujących się w jego ramach osób nie przynależy do żadnej grupy zawodowej czy rzemiosła; nie posiada żadnej społecznej pamięci, na którą może się powoływać, ani żadnego cienia przyszłości ciągnącego się za ich naradami z innymi ludźmi. To wszystko zazwyczaj czyni z nich oportunistów. Największymi niebezpieczeństwami są patologie społeczne i ryzyko, że populistyczni politycy będą grać na ich lękach oraz niepewności, aby zwabić ich na skały neofaszyzmu, obwiniając za ich trudne położenie „rozrośnięty rząd" czy „obcych". Jesteśmy dziś świadkami tego dryfu, coraz bardziej skrywanego pod sprytną zmianą marek, jak to się dzieje w przypadku Prawdziwych Finów, Szwedzkich Demokratów czy francuskiego Frontu Narodowego. Wszystkie te partie mają swoich naturalnych sprzymierzeńców w amerykańskiej Tea Party, ich japońskich naśladowcach, English Defence League oraz oryginalnych neofaszystowskich poplecznikach Berlusconiego.
Postępowi politycy muszą się przebudzić i zorientować, że ozdrowienie i wyjście z kryzysu finansowego będzie zależeć od ich odpowiedzi na potrzeby, obawy i aspiracje tej wyłaniającej się klasy.
Jest to pierwszy systemowy kryzys, w ramach którego nikt nie ma do zaoferowania żadnej postępowej wizji. Większość socjaldemokratów na świecie zgubiła wątek. Używana przez nich retoryka utkwiła gdzieś w dwudziestym wieku, zawierając porównania pasujące do zamkniętego społeczeństwa industrialnego, ale nie otwartego społeczeństwa bazującego na usługach, w ramach którego coraz większy odsetek ludzkości zaangażowany jest w to, co eufemistycznie nazywane jest właśnie usługami.
Niektóre z tych porównań zostały zaczerpnięte z metaforyki „ściśniętego środka". Choć nie sprzeczne z ideą prekariatu, to jednak niezbyt trafione. Niejasne jest, co miałoby być owym środkiem w ramach powiązanego z globalizacją klasowego rozdrobnienia. Taka metaforyka wskazuje, że „środek" jest ważniejszy niż „ściśnięte dno". Przywodzi na myśl obraz sponiewieranej tubki pasty do zębów. Socjaldemokraci powinni uważać z używaniem tego porównania, odkąd zainspirowało ono przedstawicieli Trzeciej Drogi do połączenia elastyczności na rynku pracy z ukierunkowanymi, zależnymi od wysokości dochodów świadczeniami dla „biednych", które wytworzyły napięcia, doświadczane dziś przez rodziny o średnim przychodzie. Socjaldemokraci powinni używać pojęcia „ściśniętego środka" wstrzemięźliwie. Może on bowiem powrócić i się na nich zemścić. Lepiej już wyciągnąć rękę do prekariatu.
Pułapka prekarności
Prekariat nie posiada bezpieczeństwa ekonomicznego ani żadnej kontroli nad własnym czasem. Wiele spośród składających się na niego jednostek cierpi na to, co nazywam w swojej książce pułapką prekarności. Znajduje się ona ponad znaną wszystkim pułapką ubóstwa stworzoną przez głupotę „trafiania" do biednych poprzez świadczenia uzależnione od wysokości dochodów. Pułapka prekarności pojawia się, ponieważ ci, którzy sytuują się na marginesach ubóstwa, muszą przeznaczyć sporo czasu na zdobywanie dostępu do świadczeń, co znaczy, że ich bieda jest niedoszacowana, a jednocześnie nie mają żadnego bodźca do przyjmowania niskodochodowych, tymczasowych prac w trakcie pobierania zasiłków.
Wiele osób znajdujących się poza prekariatem czuje, że mogłoby w niego popaść niemal w każdym momencie. Boją się stania się lumpami, żyjącymi na ulicy z kilkoma plastikowymi torbami. Wielu cierpi na sprekaryzowany stan umysłu: niezdolni do ukształtowania tożsamości, rozdrabniają się w wirtualnych i czasochłonnych działaniach.
Najgorszym zmartwieniem ze wszystkich jest to, że duża część prekariatu oraz tych, którzy obawiają się w nim żyć, może zostać wciągnięta w ramiona neofaszyzmu. Takie sytuacje rzeczywiście mają miejsce. Populistyczni politycy pod wodzą Berlusconiego i Sarkozy'ego grają na lękach swojego krajowego prekariatu. Ich skorumpowany populizm może zostać zwyciężony jedynie przez politykę raju, strategię umożliwiającą prekariatowi pozyskanie kontroli nad własnym życiem, osiągnięcie społecznego i ekonomicznego bezpieczeństwa, oraz posiadania uczciwszego udziału w niezbędnych aktywach naszego dwudziestopierwszowiecznego społeczeństwa. Czym one są?
Bezpieczeństwo ekonomiczne
Pierwszym z nich jest samo bezpieczeństwo ekonomiczne. Mówiąc dosadniej, ogromna i rosnąca liczba ludzi w bogatych społeczeństwach jest całkowicie pozbawiona tego bezpieczeństwa, podczas gdy zamożni pławią się w luksusie. Brak zabezpieczeń jest znany z tego, że sprzyja ekstremizmowi, szczególnie zaś temu autorytarnego typu. Musimy być odważni i zauważyć, że w otwartych społeczeństwach rynkowych, w których elastyczna prekarna praca jest czymś powszechnym, dużą częścią owego braku zabezpieczeń jest niepewność ('nieznane nieznane'), która nie podlega żadnemu ubezpieczeniu. Ani ubezpieczenie socjalne, ani zależna od wysokości dochodu pomoc społeczna nie dotrą do prekariatu.
Jedynym sposobem zapewnienia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa ekonomicznego jest robienie tego ex ante, poprzez zapewnianie każdemu legalnemu rezydentowi kraju prawa do dochodu gwarantowanego. Obstawali za tym rozwiązaniem wielcy utopiści pokroju Tomasza More'a, Toma Paine'a czy Bertranda Russella, było no również wspierane przez wybitnych ekonomistów i innych myślicieli społecznych.
Krytycy wykrzykiwali, że jest to nieosiągalne, że nagradzałoby nieróbstwo i powolny wzrost gospodarczy. Niedługo jednak pewnie przekonamy się, że nie możemy sobie pozwolić na niewprowadzenie go. Idea, jakoby każda osoba powinna otrzymywać skromne miesięczne wynagrodzenie, gromadzi zwolenników. Być może nieoczekiwanie zyskuje ich najszybciej w gospodarkach rynkowych o średnim przychodzie, takich jak Brazylia, gdzie aktualnie w zbiorze ustaw znajduje się prawo zobowiązujące jej rząd do wprowadzenia bezwarunkowego przychodu gwarantowanego dla wszystkich. W tym momencie ponad 50 milionów Brazylijczyków otrzymuje comiesięczny przekaz gotówkowy dzięki programowi bolsa familia; ich liczba miarowo rośnie. Brazylia jest jednym z bardzo nielicznych krajów, które w dwudziestym pierwszym wieku obniżyły poziom nierówności dochodowych, którego obywatele głosują na postępowych polityków oraz który kwitnie od momentu kryzysu finansowego.
Życie ubogie w czas
Postępowa strategia dla prekariatu musi pociągać za sobą bardziej sprawiedliwą kontrolę nad innymi kluczowymi aktywami społeczeństwa usługowego – czasem wysokiej jakości, przestrzenią wysokiej jakości, wiedzą oraz kapitałem finansowego. Nie ma żadnego prawomocnego powodu, dla którego wszystkie zyski z kapitału finansowego miałyby trafiać do wąskiej elity, która posiada szczególny talent robienia pieniędzy z pieniędzy. Jedynym sposobem redukcji nierówności dochodu na gruncie otwartego społeczeństwa rynkowego jest zapewnienie sprawiedliwej dystrybucji kapitału finansowego.
Jak argumentuję w swojej książce, czas wysokiej jakości jest bardzo istotnym aktywem. Potrzebujemy polityki wyrównującej dostęp do niego. Mówiąc raz jeszcze, nie ma żadnego „naturalnego" powodu, dla którego bogaci mogą mieć dużo więcej kontroli nad własnym czasem niż prekariat. Ci drudzy muszą bowiem przeznaczyć ogromne jego ilości, by sprostać wymogom biurokracji, gnać od jednej tymczasowej, niepewnej pracy do drugiej, oraz uczyć się nowych zestawów trików zwanych „umiejętnościami", które mogą się stać przestarzałe, zanim nawet będą mieli szanse zastosować je w praktyce. Podobnie nie ma żadnego powodu utrzymywania społeczeństwa, w którym zamożni mają dostęp do porad na temat tego, jak prowadzić swoje życie w korzystny sposób w momencie, gdy prekariat nie ma na to żadnych szans. To są formy nierówności, które są strukturalne i nie wynikają z czyichś zasług czy lenistwa.
Dlaczego elita i salariat powinny posiadać dostęp do tak dużej ilości przestrzeni wysokiej jakości, podczas gdy prekariat boryka się z ciągłym kurczeniem się „dóbr wspólnych", jak postrzegają oni zamierające wokół nich parki, biblioteki oraz usługi komunalne? Wielkie przemysłowe miasto Manchester ogłosiło zamknięcie niemal wszystkich swoich publicznych szaletów. Potrzebujemy postępowej strategii dla ratowania dóbr wspólnych.
Dlaczego prekariat musi mieć mieszkania popadające w ruinę w momencie, gdy te należące do bogatych są w pełni chronione? W ramach cięcia wydatki w publicznych w miastach Stanów Zjednoczonych, niektóre z jednostek straży pożarnej ograniczają swój zakres działania do ochrony jedynie ubezpieczonych budynków, pozostawiając nieubezpieczone domy na pastwę ognia.
Dlaczego salariat może otrzymać dużo tańsze kredyty niż ci, którzy są pozbawieni stałych umów o pracę? Znamy powody, jednak wynikają one ze skumulowanych nierówności, które nie opierają się w żaden sposób na zasługach czy pracowitości. Prekariat obserwuje to z rosnącym gniewem. Politycy powinni zareagować, inaczej bowiem będziemy zbierać plony tego rozdźwięku. Stać Nas na więcej!
Przełożył Krystian Szadkowski
Źródło: Centrum Informacji Anarchistycznej
Bauman: O nie-klasie prekariuszy
O ile mi wiadomo, to profesor ekonomii Guy Standing, trafiając w dziesiątkę, ukuł termin „prekariat" w celu zastąpienia za jednym zamachem kategorii „proletariatu" i „klasy średniej" – mocno już przechodzonych i w pełni zasługujących na miano „kategorii zombie", jak bez wątpienia określiłby je Ulrich Beck. Jak sugeruje blogerka ukrywająca się za nickiem Ageing Baby Boomer: „To rynek określa nasze wybory i izoluje nas, zapewniając tym samym, że nikt nie zadaje sobie pytania, co na te wybory wpływa. Jeśli wybierzesz źle, zostaniesz ukarany. Okropne jest to, że nie bierze się pod uwagę, o ile lepiej niektórzy ludzie są wyposażeni od innych – mają kapitał społeczny, wiedzę lub zasoby finansowe – do tego, żeby dokonywać dobrych wyborów. Tym, co „jednoczy" prekariat, nadając tej wielce pstrej zbieraninie pozór spójności, jest skrajne rozdrobnienie, rozproszenie, atomizacja. Niezależnie od pochodzenia i rangi wszyscy prekariusze cierpią – ale każdy z nich cierpi samotnie, a cierpienie każdego to zasłużona, indywidualnie wymierzona kara za indywidualnie popełnione grzechy: niedostatek sprytu i wysiłku. Indywidualnie znoszone cierpienia są do siebie uderzająco podobne, niezależnie od tego, czy wywołuje je rosnąca sterta rachunków i faktur za naukę w pobieraną na wyższej uczelni, czy nędza poborów, stowarzyszona z niepewnością dostępnych posad i niedostępnością tych solidnych i pewnych. Do tego dochodzi jeszcze mglistość perspektyw i natrętne widmo straty posady czy służbowej degradacji – a wszystko to razem składa się na chroniczny stan egzystencjalnej niepewności: ów niesamowity melanż niewiedzy i niemocy, owocujący z kolei stratą godności poczuciem upokorzenia.
Te cierpienia, choć podobnego bólu przysparzają, nie jednoczą cierpiących; dzielą ich i separują. Zamiast ją wyciągać na powierzchnię, zaprzeczają wspólnocie losu. Sprawiają, że wszelkie wezwania do solidarności brzmią komicznie. Jeden prekariusz może drugiemu zazdrościć lub się go bać; czasem może czuć dlań litość, a nawet (choć nie nazbyt często) sympatię. Jednak nielicznym tylko, jeśli w ogóle którymś prekariuszom, zdarzy się nabrać szacunku do innych osobników „takich jak oni". Bo niby dlaczego mieliby ich szanować? Skoro ci inni są tacy jak ja, podobnie jak ja są niegodni szacunku i zasługują na taką samą jak ja dawkę pogardy i szyderstwa. Prekariusze mają równie mocne powody po temu, by odmówić szacunku innym prekariuszom, co po temu, by samemu nie spodziewać się poszanowania: ich szkaradna i bolesna kondycja jest niedającym się zamazać znamieniem ich niskiej wartości i nikczemności.
Taka kondycja, rzucająca się nachalnie w oczy bez względu na to, jak starannie próbowałoby się ją zataić, dowodzi naocznie, że ludzie mający moc wystawiania ocen i przyznawania lub odmawiania praw odmówili prekariuszom praw przysługującym „normalnym" i szanowanym ludziom. Jest zatem wystarczającym powodem do pogardzania samym sobą, a zatem i innymi, którzy w podobnej kondycji się znajdą.
Pierwszym znaczeniem słowa precarious wedle Oxford English Dictionary jest bycie „na łasce i niełasce kogoś innego, a zatem w stanie niepewności". Odmiana niepewności zwana precariousness implikuje przedustawną, z góry zdeterminowaną asymetrię mocy czynu: on może, ja nie mogę. To z jego łaski trwam. Łaskę można jednak wycofać na zawołanie, bez uprzedzenia, i nie w mojej mocy temu zapobiec. Wszak moje życie zależy od jego łaski, on żyłby soie nadal beztrosko, a może i wygodniej jeszcze, gdybym zniknął mu z oczu...
Pojęcie precariousness było początkowo destylacją przeżyć i losów licznych zastępów pieczeniarzy i innych pasożytów wiszących u książęcych klamek, kręcących wokół pańskich stołów i kuchni. Od kaprysu książąt, panów feudalnych i innych możnych dygnitarzy zależał ich codzienny chleb. Pieczeniarze byli winni swoim gospodarzom i dobroczyńcom służalczość, schlebianie i dostarczanie rozrywki – ale ich dobroczyńcy nie byli im nic winni. W przeciwieństwie jednak do swych dzisiejszych następców tamci „chlebodawcy" mieli choćby nazwiska i stałe adresy. Dziś stracili jedno i drugie (pozbyli się jednego i drugiego?). Dyspozytorów tych wyjątkowo chybotliwych i wiecznie przestawianych stolików, do których od czasu do czasu zezwala się dzisiejszym prekariuszom przysiąść, określa się abstrakcyjnymi mianami typu „rynki pracy", „cykle gospodarcze" lub „globalne siły".
Inaczej niż ich poprzednicy, jak i ich następcy z późniejszej o stulecie ery płynnej nowoczesności, dwudziestowieczni współcześni Henry'ego Forda Seniora, Morgana czy Rockefellera pozbawieni byli cudownej broni niepewności, a tym samym nie byli w stanie uczynić proletariatu prekariatem. Możliwość przeniesienia bogactwa w inne miejsca – obfitujące w ludzi gotowych znosić bez mruknięcia najokrutniejsze z fabrycznych reżymów w zamian za najnędzniejszą płacę – nie była im dana. Podobnie jak najęci do ich fabryk robotnicy, ich kapitał był glebae adscripti - „przypisany" do miejsca: utopiony w ciężkiej i zwalistej, opornej na przeprowadzki maszynerii i zamknięty w wysokich murach fabrycznych. Najemni i ich najemcy byli skazani na bezterminową współobecność. Zależność była obustronna, co było tajemnicą poliszynela...
Wobec takiej perpektywy obie strony musiały prędzej czy później dojść do wniosku, że w ich interesie jest wypracowanie, wynegocjowanie i przestrzeganie modus vivendi – tzn. takiego przepisu na współistnienie, który zawrze zgodę obu stron na nieuniknione ograniczenie własnej swobody i wyznaczy limity wzajemnej przepychance. Wykluczenie najemnych znajdowało się stanowczo poza limitem, ale musiały się tam też znaleźć obojętność najemców na ich nędzę i odmowa prawa do samoobrony. Przekraczanie tych limitów przez Henry'ego Forda i rosnące zastępy jego wielbicieli, następców i imitatorów równałoby się podcinaniu gałęzi, na której, chcąc nie chcąc, siedzieć musieli - przywiązani do niej równie krzepko jak ich pracownicy do swoich stanowisk pracy. Wyjście najemców poza limity wynikłe ze współzależności równałoby się unicestwieniu źródeł ich bogactwa: szybkiemu wyjałowieniu gleby, na której ich bogactwo wyrosło i miało rozkwitać z roku na rok, być może w nieskończoność. Krótko a węzłowato: nierówność stron miała granice, których przekroczenia kapitał nie przeżyłby. Obie więc strony konfliktu miały interes w tym, by nierówności nie wymknęły się spod kontroli. Obie miały interes w tym, by druga strona nie wypadła z gry i nie opuszczała placu boju...
Istniały zatem „naturalne" ograniczenia nierówności i „naturalne" bariery broniące przed społecznym wykluczeniem. To z ich powodu Marksowska przepowiednia „absolutnej pauperyzacji proletariatu" nie sprawdziła się i straszyć przestała. To z ich powodu ustanowienie „państwa socjalnego", państwa dbającego o to, by siła robocza nadawała się do sprzedaży, a kapitał było stać na jej zakup, stało się z biegiem czasu problemem „ponad podziałem na lewicę i prawicę" – kwestią dla obu stron bezsporną. Zadaniem państwa socjalnego była ochrona kapitalistycznego porządku przed śmiercionośnymi dlań konsekwencjami predylekcji kapitalistów do szybkich i zmaksymalizowanych zysków. Aby się z tego zadania wywiązać, musiało ono ustanowić minimum płac oraz dzienne i tygodniowe maksima czasu pracy i roztoczyć ochronę prawną nad związkami zawodowymi i innymi organizacjami pracowniczej samoobrony.
Z tych to przyczyn powstrzymywano poszerzanie się rozziewu między dochodami bogaczy i biedoty, a nawet, używając dzisiejszego idiomu, narzucono mu „wzrost negatywny" (czyli spowodowano kurczenie się międzyklasowej nierówności). By przetrwać, nierówność musiała być wyposażona w zdolność do samoograniczenia. I udało się to osiągnąć, i to praktykować, choćby metodą prób i błędów, przez ponad stulecie. Wszystkie te czynniki razem doprowadziły do częściowego przynajmniej odwrócenia „naturalnego" trendu, czyli do ograniczenia niepewności nękającej klasy podporządkowane - a więc w jakimś stopniu do względnego zrównania sił i szans stron zaangażowanych w starcia interesów.
Dziś czynników tych coraz wyraźniej brakuje. O ile najemnicy dalej są w wyborze strategii i postulatów ograniczeni, ich kontrahenci ograniczeń się pozbyli. Zależność, do niedawna wzajemna, stała się jednostronną. Proletariat przeobraża się więc w prekariat, i to w towarzyszystwie rosnącego odłamu klas średnich. Na odwrócenie obecnego trendu się nie zanosi: przekształcenie dawnego proletariatu w zdolną do samoobrony klasę społeczną władze państwowe gorliwie wspomagał. Dzisiaj wspomagają rozproszkowanie prekariatu – który jest potomkiem proletariatu i jego zaprzeczeniem.
Tekst ukazał się na stronie „Europe Social Journal".
Źródło: Krytyka Polityczna
Szarfenberg: Tysiąc złotych dla każdego
Koniec etatu - współczesny rynek pracy
Współczesnych stosunków pracy nie da się scharakteryzować bez odwołania do takich pojęć, jak „elastyczne zatrudnienie” i „deregulacja rynku pracy”. Pod tymi terminami najczęściej rozumie się sposób organizacji stosunków pracy (oparty o zdolność przedsiębiorstw do dokonywania szybkich zmian w zależności od koniunktury) oraz politykę rynku pracy (dążącą do znoszenia ograniczeń dla pracodawców w swobodzie kształtowania stosunków pracy).Można powiedzieć, że elastyczne zatrudnienie jest w takim samym stopniu synonimem współczesnych stosunków pracy, jak w epoce przed globalizacją było nim stabilne, długotrwałe zatrudnienie na etacie (zarówno w krajach „socjalistycznych”, jak i kapitalistycznych).
Gardias: umowy cywilno-prawne dla pielęgniarek to umowy śmieciowe.
Dorota Gardias, przewodnicząca OZZPiP, zwraca uwagę na skutki wprowadzenia umów cywilno-prawnych dla pielęgniarek i położnych.
Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych na antenie radia TOK FM powiedziała, że w pakiet ustaw zdrowotnych niesie ze sobą dużo niejasności i niebezpieczeństw na przyszłość. Zwróciła uwagę na „szeroki wachlarz możliwości wprowadzenia umów cywilno-prawnych dla grupy zawodowej pielęgniarek i położnych", które określiła jako "umowy śmieciowe”.
- Aby utrzymał się pracodawca i jego spółka przetrwała trochę dłużej, przynajmniej do następnych wyborów, zmniejszy on ilość pielęgniarek, a pielęgniarki, które pozostaną, będą obciążone większą liczbą godzin pracy. Już tak jest w spółkach, więc wiemy, co się będzie działo - pielęgniarki pracują od 200 do 300 godzin w miesiącu i to doprowadzi do tego, że zmęczona pielęgniarka może popełnić błąd - powiedziała Dorota Gardias.
Podkreśliła też, że umowy cywilno-prawne to „mniejsze w przyszłości emerytury oraz nie odprowadzany ZUS”.
- Pracodawcy na tym oszczędzą, nie będą mieli kosztów pracy. Przenosząc średnio dzisiejsze warunki i stawki wpłynie około 1,4 mld zł mniej w ciągu roku do ZUS, jeśli wszystkie pielęgniarki byłyby przeniesione na umowy cywilno-prawne - zaznaczyła.
Więcej: www.tok.fm
Źródło: Rynek Zdrowia.
http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Gardias-umowy-cywilno-prawne-dla-pielegniarek-to-umowy-smieciowe,107113,1.html
Umowy na czas określony, a umowy na czas nieokreślony - z czym to się je?
Zgodnie z zapisami ustawy antykryzysowej do końca 2011 roku firmy nie mogą zatrudniać pracowników na umowach czasowych dłużej niż 2 lata. I tak jeśli w okresie od 22 sierpnia do 31 grudnia 2011 roku minie 2 lata od zatrudnienia pracownika na czas określony, to automatycznie jego umowa zmienia
się na umowę na czas nieokreślony. Niektóre interpretacje tych przepisów idą jeszcze dalej. Jeśli pracodawca zawarł umowę z pracownikiem po 22 sierpnia 2009 roku (czyli w już w czasie obowiązywania ustawy antykryzysowej) na czas określony, ale dłuższy niż 2 lata, to umowa ta już w dniu podpisania może być uznana za umowę na czas nieokreślony. Prawnicy są tu podzieleni, niektórzy przeciwnicy tej argumentacji zwracają uwagę, że to okres zatrudnienia
na podstawie umowy o pracę na czas określony rzeczywiście oddaje sens istnienia i określa stosunek pracy, a nie okres pracy zapisany w umowie. Ale idąc nawet tym tokiem rozumowania, nie trudno jest przewidzieć, że większość pracodawców, aby uniknąć sytuacji wiązania się z pracownikami na czas nieokreślony (zwolnienie takiego pracownika jest bardziej kosztowne niż na umowie na czas określony) jeszcze przed 22 sierpnia 2011 roku pozbędzie
się „problemu" wypowiadając umowy lub zmieniając ich charakter. Zwolnienie pracownika w takim przypadku i jego ponowne zatrudnienie na umowę na czas określony jest możliwe, ale tylko w przypadku 3-miesięcznej przerwy w zatrudnieniu. Możliwa też jest zmiana umowy o pracę na czas określony na umowę na czas wykonania określonej pracy. Przepisy tego wprost nie zabraniają, ale pracownik może zaskarżyć takie postępowanie do sądu, jako obchodzenie ustawy antykryzysowej.
Kwestie umów na czas określony i ich interpretacji często podejmował Sąd Najwyższy. W 2005 i 2007 roku uznał on za niedopuszczalne zawieranie wieloletnich umów o pracę na czas określony z zastrzeżeniem 2-tygodniowego wypowiedzenia, jeżeli ma to służyć tylko i wyłącznie zapewnieniu pracodawcy możliwości szybkiego i bezproblemowego rozwiązania umowy. SN stwierdził, że w takim przypadku ma zastosowanie art. 8 Kodeksu Pracy w myśl którego postanowienia umowy dotyczące czasu jej trwania mogą zostać uznane za niezgodne z zasadami współżycia społecznego oraz społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa i taka umowa musi być uznana za umowę o pracę na czas nieokreślony. Wyjątkiem od tej zasady jest sytuacja, gdy umowa rzeczywiście dotyczy wykonania określonej pracy w oznaczonym czasie (nawet do 12 lat) lub występują inne przyczyny nie naruszające interesu społecznego obu stron stosunku pracy, ale w tym przypadku dotyczy to pracodawców wobec których nie ma zastosowania przepisów ustawy antykryzysowej.
Mimo wszystko warto sprawdzić czy wieloletnia umowa o pracę na czas określony, nawet bez możliwości jej wcześniejszego wypowiedzenia przez pracodawcę rzeczywiście spełnia wymogi prawne tego typu umów, czy też jest próbą obejścia prawa przez pracodawcę. W przypadku wątpliwości warto zasięgnąć porady prawnej w Państwowej Inspekcji Pracy, a w konsekwencji złamania przepisów domagać się swoich praw przed Sądem Pracy.
Krzysztof Miśkiewicz
Źródło: http://krzysztof-miskiewicz.blog.onet.pl/2,ID420827524,index.html
Praca czasowa - wyzwanie dla związków zawodowych i ruchów społecznych
Tekst jest zapisem wystąpienia wygłoszonego na trzeciej edycji "Pilarszczyzny", zorganizowanej przez Śląską Komisje OZZ Inicjatywa Pracownicza, poszerzonym o refleksję po dyskusji jaka miała miejsce przy tej okazji.
Rok temu, podczas V Ogólnopolskiej Konferencji Pracowniczej, staraliśmy się wspólnie zastanowić nad problematyką tzw. "elastycznych form zatrudnienia" i konsekwencjami jakie rodzi to zjawisko dla szeroko pojętych ruchów pracowniczych (tak związków zawodowych, jak i organizacji społecznych i politycznych). Niestety, zabrakło wtedy czasu na głębszą dyskusję na temat strategii jakie ruchy pracownicze powinny rozwijać wobec rozwoju elastycznego zatrudnienia i konferencja miała charakter jedynie (lub aż) prezentacji problemu z punktu widzenia uwarunkowań prawnych i ekonomicznych, a także konsekwencji społecznych i psychologicznych. Tym razem, chciałbym problematykę elastycznego zatrudnienia - a konkretniej pracy czasowej - przedstawić właśnie w tym aspekcie, jaki pominęliśmy na OKP, to znaczy: analizy problemu jako konkretnego wyzwania dla ruchów społecznych i związków zawodowych.
Praca czasowa – dyskryminacja stała
Umowy cywilnoprawne – to trzeba zmienić!
Od kwietnia bieżącego roku staram się znaleźć miejsce pracy dla zapewnienia swojej rodzinie bytu. Najprędzej możliwe było podjęcie pracy jako pracownik ochrony osób i mienia. Jednak już w pierwszym zaoferowanym miejscu pracy dostałem grafik, kierownika i...umowę zlecenia. Jest to zakład pracy chronionej (!?) "HUNTERS Sp. z o. o.". Umowa została rozwiązana przez "zleceniodawcę" po moim sprzeciwie wykonywania poleceń pracowników marketu, którzy nie byli nawet stroną umowy. W następnym miejscu (firma "GWARANT Sp. z o. o.") przepracowałem kilka miesięcy według grafika, z kierownikiem ochrony i listą obecności na...umowę zlecenia. Wykonywałem pracę bardzo dobrze jak twierdziło kierownictwo sklepu, którego pilnowałem, jednak umowa została rozwiązana po grzecznym poinformowaniu kierownika, że właściwie kierownikiem nie jest, a ja dostosowuję się do grafika i warunków pracy dobrowolnie. Oszukano mnie do tego, nie wypłacając pełnej sumy w dwóch miesiącach na łączną sumę ok. 600,- zł. Pozostała mi satysfakcja w zadowolonej obsłudze sklepu i... wściekłość, której nie mogę zaradzić. Przy tej pracy doznałem uszkodzenia stopy, które leczyłem przebywając na "bezpłatnym wolnym".
Strona 1 z 2


